Rumunia – pierwsze co przychodzi na myśl, to: bieda, krowy na ulicach, dziurawe drogi i daleko. Takie opinie słyszałem, gdy mówiłem swoim znajomym, że kolejną podróż odbędę do Rumuni. Jak jest naprawdę? Postaram się w tym wpisie przedstawić Rumunię taką jaka jest, ponieważ jest zupełnie odwrotnie niż myśli większość osób.

W ramach corocznej wyprawy objazdowej Projektu Maluch w tym roku podjęliśmy się organizacji objazdówki poza granicami Polski, ze względu na niższe koszty oraz ograniczony czas zdecydowaliśmy się na wypożyczenie auta. Wyszło na dobre, ponieważ w tydzień zrobiliśmy 2447,4 km nową Skodą Rapid, ekipą składającą się z 4 osób. Mieliśmy możliwość wspiąć się autem na ponad 2000 m n.p.m., pojeździć po krętych drogach w górach, poznać specyfikę jazdy w Bukareszcie oraz doświadczyć słynnej rumuńskiej gościnności.

Wioletta, Adam, Kacper i Tomek, każdy z innej części Polski, zjechaliśmy się w Berlinie, by stamtąd udać się do Cluj-Napoca, gdzie na lotnisku czekał już na nas samochód. Pierwotnie miał to być mały Volkswagen, ale ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy przestronną, nową Skodę, w której spokojnie zmieściliśmy się z naszymi bagażami, mogliśmy komfortowo podróżować, a gdyby była potrzeba to było wystarczająco miejsca, aby spędzić noc w samochodzie. Po spędzeniu 8 dni za kierownicą tego samochodu, mogę śmiało stwierdzić, że przejechałbym z przyjemnością drugie tyle!

Zaraz po wylądowaniu ruszamy w trasę. Jako że Rumunia znana jest z dużej ilości zamków związanych z legendą o Draculi, pierwszym punktem naszej wyprawy są ruiny jednego z nich w miejscowości Dej. Następnie dojeżdżamy do miejscowości Baja-Mare, w której mamy zaplanowany nocleg.

Na objazdówkach ważne jest, by nie tracić czasu. Musimy pamiętać, że to nie są wakacje all-inclusive, w których w planie dnia jest jedynie opalanie i jedzenie. Codziennie mieliśmy zaplanowany cel i nocleg w innym mieście i musieliśmy trzymać się sztywno planu. Osobiście uważam, że organizacja takich wyjazdów, to niesamowite wyzwanie logistyczne.

Dlatego też, z samego rana ruszamy w dalszą podróż do Marameusz – miejsca, w którym znajduje się Wesoły Cmentarz. Sprawia on wrażenie jedynie atrakcji turystycznej, ale tam faktycznie spoczywają osoby. Na nagrobkach są wymalowane ich zawody, a całość wydaje się bardzo sympatyczna i wesoła. Na nagrobkach opisane są w wesoły sposób okoliczności śmierci danej osoby. Cmentarz jest dosyć daleko, jedynie 2 km od granicy z Ukrainą, a mimo wszystko przyciąga wielu turystów. Obecnie znajduje się ok 800 unikalnych nagrobków, które zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Oczywiście przed wejściem kwitnie handel, pamiątki, magnesy – nagrobki, kapelusze, dziergane koszule i wiele innych. Po kupieniu kilku pamiątek ruszamy w dalszą drogę.

Znajdujemy się ponad 1200 metrów nad poziomem morza, a na dworze panuje temperatura ok 15 stopni Celsjusza, drogi są kręte, a zakręty ciasne, tego właśnie oczekiwałem od rumuńskich dróg i nie zawiodłem się. Jazda po tym kraju to czysty fun. Tak po całodniowej podróży dojeżdżamy do Jessy – miejsca, w którym spędzamy kolejną noc. Po pierwszych dniach można zauważyć, że zachowanie kierowców jest zupełnie inne za dnia, a inne po zmroku. W dzień uwielbiają szybką jazdę i niebezpieczne sytuacje, co chwile byliśmy wyprzedzani, tym bardziej, że przed wyjazdem sporo czytałem, że policja w Rumunii daje wysokie mandaty i nie ma taryfy ulgowej dla obcokrajowców. Po zmroku kierowcy zamieniają się w naszych najlepszych przyjaciół na drodze. Wszyscy jadą przepisowo i spokojnie, a gdy w końcu nabrałem pewności i zacząłem wyprzedzać innych, to zawsze zjechali z drogi na pas awaryjny, mrugnęli światłami, czy machnęli ręką – pełna kultura!

Planując trasę na kolejny dzień zauważyłem, że jest możliwość przeprawy promowej. Mimo nadrobienia kilku kilometrów, nie zastanawiałem się i wybrałem tę drogę. Pamiętam jak podróżując maluchem po Polsce zboczyliśmy z drogi, aby przeprawić się promem w okolicach Janowa Podlaskiego. Trochę mi brakowało malucha w Rumunii, więc chociaż tak mogłem odtworzyć wspomnienia z podróży po Polsce. Tego dnia często przejeżdżaliśmy przez miasteczka w których były… automaty z kawą, takie same jak w Bułgarii. Pyszna kawa espresso za 1 zł. Tego strasznie mi brakuje w Polsce, czy w innych krajach, gdzie za kawę musimy płacić duże pieniądze, a wypić ją możemy tylko w kawiarniach, czy McDonaldzie. Przeprawa promem, to nie jedyna atrakcja nad wodą tego dnia, ponieważ po południu dojeżdżamy nad Deltę Dunaju, jest to druga pod względem wielkości europejska delta, w niewielkim stopniu przeobrażona w wyniku działalności człowieka. Ma ona powierzchnię 3446 km². Wykupiliśmy rejs motorówką i tak mogliśmy delektować się zachodem słońca wśród dzikiej przyrody, drzew i ptaków. Jest to niesamowicie piękne miejsce i warte zobaczenia. Po tym dniu pełnych atrakcji ruszyliśmy nad morze, do miejsca, w którym zatrzymujemy się na kolejną noc.

Po raz pierwszy jechaliśmy rumuńską autostradą, która była w bardzo dobrym stanie, a do tego darmowa i doprowadziła nas prosto do…Portu, niestety zabłądziliśmy, zmęczenie, długa droga i dzień pełen atrakcji spowodowały, że nie zauważyłem znaku prowadzącego do portu. O ile wjechać było łatwo to z wyjazdem już gorzej. Próbowaliśmy się dogadać z jakimś ochroniarzem, ale niestety nie mówił po angielsku, w końcu znalazła się jakaś osoba, która mnie zrozumiała i wypuściła z portu i udało nam się szczęśliwie udać do kolejnego hotelu.

Są wakacje, więc musi być plaża i morze! Czwartego dnia ruszyliśmy do Vama Veche, małej hipsterskiej wioski, położonej nad morzem, bardzo blisko granicy z Bułgarią. Jogurt, bułka, konserwa i piknik na plaży, takim śniadaniem rozpoczynamy nasz dzień. Dobrze jest odpocząć po kilku dniach intensywnej jazdy. Po posiłku opalaliśmy się na plaży kąpaliśmy w morzu i podziwialiśmy piękne widoki. Po południu ruszyliśmy do Bukaresztu – stolicy Rumunii. – Część druga.