Część pierwszą przeczytasz tutaj

Trasa przebiegała zupełnie inaczej niż dotychczas – mieliśmy piękną nową autostradę aż do samej stolicy. Tym razem płatna 13 lei, czyli jakieś 11 złotych. Autostradą dojeżdżamy do stolicy i tu się zaczyna zupełnie inny świat. Ruch samochodowy zupełnie różni się od tego w Europie. Każdy jeździ jak chce, ale udaje się nam dojechać do mieszkania. Tym razem nie spaliśmy w żadnym hotelu, ani hostelu, ale wynajmowaliśmy całe mieszkanie od osoby prywatnej. Było tanio, a warunki okazały się ponad nasze oczekiwania. Było naprawdę luksusowo! Miła starsza Pani wsiadła ze mną do auta i poprowadziła mnie do garażu. Po drodze opowiadała jak to się jeździ po Bukareszcie: “ U nas to jest gorzej jak w Indiach” – powiedziała. Po chwili to się potwierdziło, żeby wyjechać z podporządkowanej, należy wystawić rękę przez okno, zacząć trąbić, pokazywać żeby się wszyscy zatrzymywali i wciskać pomiędzy auta. Światła w tym mieście nie mają znaczenia, nie są zbytnio respektowane.

Na szczęście kolejne 2 dni poruszaliśmy się po mieście, nie używając samochodu. Chcieliśmy dobrze zwiedzić Bukareszt. Obowiązkowym punktem był Parlament, ogromny budynek. Jeden z największych budynków rządowych na świecie (w Księdze Rekordów Guinessa prześcignął go jedynie Pentagon) wciąż jest siedzibą władz. Budowę Parlamentu w Bukareszcie, zwanego Domem Ludowym, faktycznie rozpoczęto w 1983 roku, trwała 13 lat i pochłonęła 3 miliardy dolarów oraz siły zmuszonych do pracy 700 architektów i 20 tysięcy robotników. Kilkunastometrowe sale mają pozłacane sufity i są pełne wspaniałych rzeźb. Na przestronnych korytarzach Parlamentu w Bukareszcie wciąż nie obowiązuje zakaz palenia. Żeby zwiedzić wszystkie 1 100 pomieszczeń Parlamentu w Bukareszcie, rozlokowane na 12 piętrach i 8 podziemnych kondygnacjach, potrzeba około 100 godzinnego spaceru. Turystom relikt minionej władzy prezentowany jest jedynie podczas trzydziestominutowego zwiedzania. 3 części potężnego budynku to 66 tysięcy m2 powierzchni, 3 biblioteki, 440 biur i 30 sal o różnym przeznaczeniu. Parlament w Bukareszcie jest krytykowany za brak funkcjonalności. Przykładowo wysokość rachunków to suma, którą można by przeznaczyć na utrzymanie średniego miasta w kraju.
Twórcy Domu Ludowego szczycili się użyciem jedynie rumuńskiego budulca. Zużyto:

700 000 ton stali i brązu (na okna i drzwi),
900 000 metrów sześciennych drewna (na podłogi),
1 000 000 metrów sześciennych transylwańskiego marmuru,
3 500 000 ton kryształu (na żyrandole).
Oprócz znienawidzonego dyktatora Ceausescu ze słynnego balkonu prezydenckiego przemawiał jedynie Michael Jackson.*

Bukareszt jest pięknym miastem, zupełnie innym niż znane nam stolice europejskie. Korzystając z ładnej pogody postanowiliśmy wypożyczyć rowery i zrelaksować się jeżdżąc po parku i podziwiając zabytki tego miasta. Wieczorem wybraliśmy się do klubów, aby trochę wypić i potańczyć. Okazuje się, że Rumuni świetnie się bawią, w każdym pubie gra muzyka i to bardzo głośno. Nawet bardziej popularne są puby z muzyką, aniżeli typowe kluby taneczne, tak jak w Polsce. W oknach takich pubów stoją dziewczyny, które tańczą i zachęcają do wejścia, a w środku mają takie mini-sceny na których tańczą 2-3 osoby, a reszta młodych ludzi stoi przed nimi, bawią się i piją alkohol. Ta noc była bardzo długa, dlatego następnego dnia musieliśmy długo odpoczywać. Każdemu polecam wybrać się na clubbing do Bukaresztu – świetna, tania i niezapomniana zabawa gwarantowana!

Po wizycie w stolicy znów wsiadam za kółko – bardzo brakowało nam naszej Skody. Przywiązaliśmy się do niej prawie tak mocno jak do malucha. Czas spełnić jedno z moich większych marzeń, czyli pokonać trasę Transfagarasan. Droga ta została wybudowana na polecenie Nicolae Ceausescu, czyli rumuńskiego dyktatora, chciał on zapewnić sobie szybki transfer przez góry w przypadku sowieckiej inwazji. Jej budowę rozpoczęto 10 marca 1970 roku, a zakończono 20 września 1974 roku, chociaż mówi się, że prace wykończeniowe trwały aż do 1980 roku. U jej podnóża znajduje się zamek Draculi, ale niestety wejście jest tylko rano i późnym popołudniem. Ograniczenie to wynika z tego, że na trasie są niedźwiedzie i turyści nie mogą samotnie tam podróżować. Tak więc ruszamy w góry. Trasa Transfogarska uznawana jest za jedną z najpiękniejszych dróg na świecie. Liczy 151 km, ale ze względu na wysokie wzniesienie i liczne zakręty pokonuje się ją bardzo długo. Całe szczęście byliśmy w okresie poza sezonem, więc nie było sporo turystów blokujących drogę, więc można było się wyszaleć na ciasnych zakrętach. Wrzesień to idealny moment, ponieważ w wakacje jest tam sporo kierowców, a w październiku zdarza się, że trasa jest zasypana śniegiem i nieprzejezdna. W najwyższym punkcie osiąga wysokość 2042 m n.p.m. a widoki z niego po prostu zapierają dech w piersiach.

Po przejechaniu tej drogi wiedziałem, że jestem spełniony jeśli chodzi o zwiedzanie Rumunii i polecam to przeżyć każdemu, kto uwielbia jeździć samochodem, lub motocyklem. To przeżycie jest nie do opisania. Po przebytej trasie jedziemy na obiad i w końcu pozwiedzać te słynne zamki Draculi. Po drodze spotkaliśmy coś niesamowitego. Na drodze chodziły sobie krowy. Środkiem drogi, szczęśliwe i bez opieki. Gdy robi się zmrok krowy same wracają z pastwisk na gospodarstwa i każda dokładnie wie gdzie ma iść i codziennie trafia do swojego gospodarstwa. To aż niemożliwe jakie te zwierzęta są mądre.

Ostatniego dnia naszej wyprawy, jedziemy zwiedzić kolejny zamek w Branie. Nie należał on do największych, ale był bardzo uroczy. Mieliśmy możliwość wejścia do środka, kupienia pamiątek oraz poznania krótkiej historii mieszkańców tego zamku. Następnie pojechaliśmy do Brasov, tam znajduje się najwęższa uliczka w Europie. Zdjęcie obowiązkowe! Oprócz tego, że jest bardzo urocza, to nie spędziliśmy tam sporo czasu. To po prostu wąska uliczka pomiędzy budynkami. Brasov jest uznawany za najpiękniejsze miasto w Rumunii, więc na pewno będziemy musieli tam wrócić, aby zwiedzić pozostałe atrakcje. Niestety tym razem czas nas gonił. Chcieliśmy jechać jeszcze odwiedzić jeden zamek, ale spóźniliśmy się, ponieważ było w nim organizowane wesele tego dnia, prawda, że ciekawy pomysł na salę weselną? Niestety obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz i udaliśmy się do Cluj-Napocca, miasta z którego kolejnego dnia mieliśmy lot powrotny.

Następnego dnia na lotnisku zdaliśmy auto. Zazwyczaj korzystam z firmy Alamo, jest ona zawsze bezproblemowa, a zwrot polega po prostu na pozostawieniu auta na parkingu, a kluczyków w odpowiedniej skrzynce. Lot powrotny do Berlina, a następnie Flixbus do Poznania. Tak kończy się rumuńska przygoda.
Kupując bilety, trochę sceptycznie byłem nastawiony na Rumunię, aczkolwiek po tej podróży jestem w stanie śmiało stwierdzić, że mógłbym tam zamieszkać na jakiś czas. W tym kraju można się zakochać. Wspaniali ludzie, piękne, puste drogi. Fajne atrakcje. Widoki zabierające dech w piersiach. Pyszne jedzenie, a do tego niższe ceny. Warto też wspomnieć, że Rumunia bardzo sympatyzuje z Polską, dlatego my jako polscy turyści czuliśmy się bardzo dobrze, jak u siebie. Jeśli chodzi o mnie to z pewnością wrócę do Rumunii! – Część pierwsza.

*źródło: https://turystyka.wp.pl/parlament-bukareszt-6122864258807425c