Latanie, to oprócz jeżdżenia Maluchem, mój ulubiony sposób podróżowania. Nałogowo sprawdzam strony zbierające oferty linii w lotniczych w poszukiwaniu ciekawych promocji. W ten sposób w oko wpadł mi Mediolan.

Po dwugodzinnym locie znaleźliśmy się na lotnisku w Bergamo. Mimo, że to położne u stóp Alp miasto jest równie piękne, naszym celem był Mediolan. Wsiedliśmy do autobusu i już za chwilę byliśmy w centrum stolicy mody. Dotarliśmy tam późnym wieczorem, ale zdecydowaliśmy się na spacer do hotelu. Była to świetna decyzja, ponieważ Mediolan po zmroku to zupełnie inne miasto niż za dnia. Z każdej ulicy dobiega muzyka, każde miejsce ma swój charakterystyczny zapach, a w każdej restauracji tłumy Włochów rozmawiają i piją wino. Wszędzie słychać melodyjny włoski język. Zachwycające!

Zwiedzanie Mediolanu zaczęliśmy od galerii Vittorio Emanuele. Jest to najstarsze na świecie czynne centrum handlowe. Do tego jest jednym z największych oraz najbardziej ekskluzywnym tego typu miejscem. Sklepy oraz restauracje które się tu znajdują zdecydowanie nie są na naszą kieszeń, ale galerię warto odwiedzić ze względu na wystrój i klimat. Pod względem architektonicznym jest to jeden z najwspanialszych budynków w Mediolanie. Ściany zdobią niesamowite malunki, a co kawałek natknąć się można na zdumiewający posąg lub rzeźbę. Podłoga przyozdobiona jest różnymi mozaikami, a patrząc w górę ujrzeć można olbrzymią kopułę.

Niedaleko galerii znajduje się Duomo di Milano, czyli katedra w Mediolanie. Ten sześćset letni budynek naprawdę robi wrażenie. Mimo, że budowa rozpoczęła się w 1418 roku, katedra dalej nie jest skończona! Według Wikipedii, posiada największą na świecie liczbę posągów – 3400 statuy, 135 gargulców oraz 700 figur. Będąc przy katedrze warto wejść na jej dach, co według mnie jest większą atrakcją niż samo wnętrze katedry. Z góry można podziwiać całą panoramę Mediolanu, a przy odrobine szczęścia widać również Alpy.
Kolejka do wejścia ciągnie się przez większą cześć placu, dlatego najlepiej przyjść rano. Niestety ceny trochę odstraszają. Wejście do katedry kosztuje 3€, natomiast wejście na dach kosztuje 9€ schodami lub 13€ windą. Za odpowiednio 12 i 14 € można kupić Duomo Pass, które pozwala na zwiedzanie katedry, odwiedzenie tarasu widokowego oraz muzeum.
Do katedry najlepiej wybrać się bez plecaka i z pustymi kieszeniami. Każdego wejścia strzeże wojsko oraz policja. Dokładnie przeszukują odwiedzających, co trwa strasznie długo. Kontrola jest bardziej rygorystyczna niż na lotnisku. Nie mogłem wnieść szklanej butelki, negocjowaliśmy wniesienie statywu do kamery, a maszynkę do golenia musieliśmy wyrzucić. Osoby kontrolujące mówią po angielsku, ale bardzo słabo.

Kolejnym obowiązkowym punktem wizyty w Mediolanie jest Museo della Scienza e della Tecnologia „Leonardo da Vinci” – muzeum nauki i technologii. Na ogromnym obszarze zobaczyć można wiele wystaw z prawie każdej dziedziny nauki. Dla mnie – największego kosmicznego geeka, najważniejsza była wystawa poświęcona podróżom kosmicznym oraz planom kolonizacji Marsa. Znajdowały się tam kopie statków kosmicznych, łazików, a nawet kamień przywieziony z księżyca. Kosmos!
Świetna była wystawa poświęcona statkom i samolotom. Cały hangar wypełniony był różnymi, często dziwnymi pojazdami (połączenie śmigłowca z samolotem? Czemu nie! ). Do wielu eksponatów można wsiąść, albo wziąć na jazdę próbną w symulatorze. A, i najważniejsze, na zewnątrz znajduje się prawdziwa łódź podwodna! Do tego komputery roboty, prezentacje multimedialne i laboratoria. Miejsce naprawdę warte odwiedzenia.

Spacerując po Mediolanie warto zajrzeć do Porta Nuova w północnej części miasta. W tej biznesowej dzielnicy można znaleźć kilkanaście wieżowców i centr handlowych. Każdy budynek tutaj ma futurystyczny wygląd dzięki połączeniu szkła i drewna. W samym centrum dzielnicy znajduje się drapacz chmur Unicredit – najwyższy budynek we Włoszech. Niedaleko niego znajduje się Bosco Verticale – budynek mieszkalny, gdzie na każdym balkonie rośnie drzewo. Niesamowity widok.

Porta Novo

Gdy Mediolan trochę nam się znudził, wybraliśmy do oddalonego o 50 kilometrów Como. Jezioro tam się znajdujące jest jednym z bardziej malowniczych jezior w całych Alpach. Jest najgłębszym jeziorem we Włoszech i słynie z eleganckich willi oraz malowniczych zakamarków, gdzie z góry można obserwować piękno natury.
W miejscowości Como warto przespacerować się po zabytkowym centrum, ale zdecydowanie jedną z ciekawszych rzeczy do zrobienia jest wjazd kolejką linową do Brunate. Stamtąd rozpościera się niesamowita panorama na jezioro i miasto Como. Na szczycie znajduje się wiele tarasów widokowych, restauracji i eleganckich willi. Zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc w jakich byłem.

Lake Como

Nie można być we Włoszech i nie spróbować pizzy lub makaronu. Staraliśmy się unikać turystycznych miejsc i jeść tam gdzie mieszkańcy. Szczególnie polecam dwie pizzernie: Pizzium – dobra pizza, miła obsługa i świetne wnętrze oraz La Cava – genialna pizza i przystępne ceny.
Planując jedzenie trzeba uważać na kilka rzeczy. Siesta, lub po włosku riposo – prawie wszystkie lokale są zamknięte między 15:00 a 19:00. Tradycyjnie Włosi lubią sobie po południu odpocząć. Niestety oznacza to, że nic w tym czasie nie zjemy.
Zazwyczaj w restauracjach, do rachunku doliczane jest Coperto – opłata za przygotowanie miejsca. Wynosi przeważnie 2€ za stolik lub osobę, zależy od restauracji. Zawsze można wziąć jedzenie na wynos, wtedy nie płaci się nic.
Coperto to nie jedyna pozycja, która może nas zaskoczyć na rachunku. W jednej restauracji przed posiłkiem podano nam paluszki jako przystawkę. O tym, że kosztowały 2€ za sztukę dowiedzieliśmy się po zapłaceniu.
Będąc we Włoszech trzeba przygotować się na to, że wszystko jest w języku włoskim, nawet menu. Większość potraw wybieraliśmy na chybił trafił, bo ani nazwy, ani wypisane składniki nic nam nie mówiły. Oczywiście, to co wybraliśmy nie miało większego znaczenia – każda pizza jest dobra.

Pizza
Wyjeżdżając do innego kraju warto zwrócić uwagę na drobne różnice kulturowe – to one zwykle budują klimat miejsca w którym się jest. W odróżnieniu od Polski, gdzie w weekendowe poranki przy śmietnikach dominują butelki po piwie oraz opakowania po kebabie, we Włoszech zauważyć można pudełka po pizzy oraz butelki wina.
Najbardziej zachwyciły mnie domy w Mediolanie. Tutaj każdy budynek musi być udekorowany przynajmniej jedną rzeźbą, a zewnętrzne elewacje bogate są w detale rzeźbiarskie. Wszędzie gdzie to możliwe, beton jest przykrywany zielenią. Tworzy to niesamowite połączenie, a każda ulica jest wyjątkowa.
To co się dzieje na ulicach również jest warte wspomnienia. Przepisy ruchu drogowego istnieją, ale traktowane są raczej jako wskazówki, a nie dokładne zasady. Tutaj nikt nie przejmuje się pasami ruchu, pierwszeństwem czy znakami drogowymi. Wszyscy na siebie trąbią, ale paradoksalnie ruch odbywa się płynnie, a przez 4 dni nie zauważyłem żadnej kolizji. Taki styl jazdy ma konsekwencje dla pieszych – tutaj nikt się nimi nie przejmuje. Nie ma różnicy, czy przechodzisz na pasach, czy nie, rzadko który kierowca cię przepuści. Dodatkowo samochody parkują wszędzie, również na chodnikach i przejściach dla pieszych.

Zakochałem się we Włoszech. Łagodny klimat, piękne krajobrazy, niesamowita architektura no i Włoszki – nie ma się do czego przyczepić. Słyszałem, że Mediolanowi bliżej do europejskich, niż do prawdziwych włoskich miast, ale tutaj na każdym kroku czuć zapach Włoch. Jest to również świetna baza wypadowa do wycieczek. Stąd już niedaleko do Bolonii, Turynu czy Wenecji. 50 kilometrów od centrum, znajduje się Crema – miasto w którym dzieje się akcja filmu Call Me By Your Name. Jeżeli ktoś ma kilka dni wolnego i szuka interesującego miejsca na city-break, to Mediolan jest miastem idealnym.