“Za chwilę zatrzymamy się obok opuszczonego przedszkola, gdzie będziemy mogli poszukać kilku hotspotów radiacyjnych” to zazwyczaj nie są słowa jakich oczekiwałbym od normalnego pilota wycieczki, no chyba że akurat jesteś na północy Ukrainy, oddalony kilka kilometrów od miejsca największej katastrofy nuklearnej w dziejach ludzkości, a twój przewodnik to jeden z byłych pracowników elektrowni. Czarnobyl odwiedziliśmy niedługo przed 33 rocznicą wybuchu, jeszcze przed premierą serialu od HBO, a pochmurna wtedy pogoda idealnie dopełniała nastroju tego miejsca.  

             

Historia 

Na początek trochę historii – Czarnobyl to elektrownia atomowa położona na terenie byłego ZSRR, gdzie 26 kwietnia 1986 podczas przeprowadzania testów doszło do nagłego wzrostu mocy i w rezultacie do serii eksplozji, które zniszczyły elektrownię oraz uwolniły chmurę radioaktywnego materiału. W efekcie skażenia ewakuowano i przesiedlono ponad 350 000 osób.  

Nasz wyjazd

Nasza wycieczka rozpoczęła się w centrum Kijowa, gdzie spotkaliśmy się z przewodnikiem i wsiedliśmy do busa, który miał zawieźć nas na miejsce. Podczas trwającej około półtorej godziny podróży przewodnik przedstawił nam historię elektrowni oraz jej katastrofy i zapoznał nas z zasadami obowiązującymi w strefie wykluczonej. Przestrzegał nas przed oddalaniem się od grupy, siadaniem na ziemi, czy piciem wody z rzeki (czy ktokolwiek wpadłby na taki głupi pomysł?). Przez resztę trasy oglądaliśmy filmy dokumentalne o elektrowni.  

Po drodze musieliśmy pokonać kilka punktów kontrolnych. Na pierwszym sprawdzano nasze pozwolenia oraz paszporty, na kolejnym, po ponownym sprawdzeniu dokumentów każdy dostał dozymetr, czyli przyrząd do pomiaru dawki promieniowania.  

Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od miejscowości Czarnobyl oddalonej o 18 kilometrów od elektrowni. To tutaj nocują pracownicy elektrowni oraz osoby odpowiedzialne za strefę wykluczoną. Z pozoru jest to normalne miasto, jest tu restauracja, sklep spożywczy czy park, ale nikt nie zostaje tutaj dłużej niż kilka miesięcy, a opuszczanie domu po zmierzchu jest zabronione. Na miejscu czekał na nas obiad, który był co najwyżej przeciętny, ale nie jedzie się do Czarnobyla, by zasmakować lokalnej kuchni.
Niedaleko restauracji znajduje się pomnik strażaków, którzy walczyli z pożarem elektrowni, pomnik Lenina oraz pomnik upamiętniający wszystkich przesiedlonych.  

Następnie pojechaliśmy do opuszczonego przedszkola, które idealnie nadawałoby się na scenografię horroru – wszędzie leżały porzucone książki czy zabawki, a całość dopełniały postacie z radzieckich bajek z odpadającą gdzieniegdzie farbą. Tutaj też natknęliśmy się na zwiększone promieniowanie, a w naszych licznikach Geigera włączył się alarm. Nie była to dawka zagrażająca życiu, ale dłuższe przebywanie w tym miejscu mogłoby być szkodliwe.  

Pora na największą atrakcję tej wycieczki, czyli sama elektrownia i zniszczony reaktor. Nie sądziłem, że będziemy mogli podejść tak blisko. W pewnym momencie staliśmy może 50 metrów od sarkofagu, który skrywa uszkodzony czwarty reaktor. Co ciekawe promieniowanie w tym miejscu nie odbiega znacząco od tego, które można zaobserwować w innych częściach strefy wykluczonej. Na terenie elektrowni dalej pracują ludzie, ale aktualnie zajmują się wygaszaniem i sprzątaniem pozostałych reaktorów 

Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć pojechaliśmy do Prypeci – najbardziej znanego, opuszczonego miasta, z którego ewakuowano prawie pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Tutaj czekał nas długi spacer, podczas którego mogliśmy zobaczyć wszystkie ikoniczne budynki znane z filmów czy fotografii. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od nadrzecznej kawiarni Prypeć, następnie ruszyliśmy w stronę kina Prometeusz mijając hotel, szpital i centrum handlowe oraz karuzele i popularny diabelski młyn. Wiele z budynków jest w stanie ruiny i niebezpieczne jest wchodzenie do nich, ale udało nam się kilka miejsc odwiedzić. Weszliśmy między innymi do szkoły, sali gimnastycznej oraz słynnego basenu. Przewodnik pokazywał nam zdjęcia tych miejsc sprzed katastrofy i nie mogliśmy uwierzyć jak szybko wszystko się tutaj zmieniło. Tam, gdzie kiedyś był beton teraz rośnie gęsty las – natura kawałek po kawałku przejmuje całe miasto. O tym, że żyli tutaj ludzie przypomina tylko dźwięk tego miejsca, którego niestety nie da się opisać słowami, co chwila coś stuka, gdzieś tłucze się szkoło, a wszystko skrzypi to zdecydowanie trzeba usłyszeć.  

Ostatnim punktem wyjazdu było Oko Moskwy lub radar Duga – wokół tej konstrukcji powstało wiele mitów, między innymi mówiących o tym, że ta konstrukcja służyła do kontrolowania umysłów, w rzeczywistości był to radar ostrzegający przed nadciągającym atakiem rakietowym. Najbardziej charakterystyczną częścią Oka Moskwy są dwie ściany anten mające 300 metrów długości oraz 135 metrów wysokości. Anteny są w świetnym stanie, a w Internecie sporo jest filmów nagranych ze szczytu. My zadowoliliśmy się spacerem wzdłuż budowli.  

Wracając znowu musieliśmy przekroczyć punkty kontrolne, gdzie sprawdzono nasze dozymetry oraz kilkukrotnie musieliśmy przejść przez urządzenia do pomiaru promieniowania. Na szczęście wszystko było w porządku, więc zmęczeni po zmroku wróciliśmy do Kijowa.  

Jak coś takiego zorganizować?

Na teren Czarnobyla można dostać się ze zorganizowaną wycieczką przez biuro podróży. Pozwolenie na wstęp dostają tylko wyprawy badawcze więc w oficjalnych dokumentach jesteśmy naukowcami. Serio! Organizowane są wyjazdy z Polski, ale zdecydowanie taniej jest dostać się do Kijowa i skorzystać z tutejszych ofert których w Internecie jest bardzo dużo. My skorzystaliśmy z Solo East Travel i byliśmy bardzo zadowoleni. Oferty biur różnią się między sobą głównie odwiedzanymi miejscami, a niektóre oferują nawet dwudniowe wyjazdy z noclegiem w strefie wykluczonej. Do Czarnobyla można również dostać się od strony Rosji. Rezerwacja zazwyczaj odbywa się poprzez stronę internetową, a opłatę uiszcza się za pomocą PayPala. Dodatkowo za niewielką opłatą można wypożyczyć licznik Geigera co bardzo polecam. Nas wyjazd kosztował około 90$ od osoby. 

Czy wizyta w Czarnobylu jest bezpieczna?

Na myśl o wizycie w Czarnobylu większość osób obawia się promieniowania, ale w rzeczywistości jest ono takie samo lub niewiele wyższe niż w innych miejscach na świecie. Średni poziom dawki od promienio­wania tła w Polsce to 2,5 mSv rocznie. Poziom promieniowania w Czarnobylu jest porównywalny do jednego lotu samolotem. Teraz maksymalna moc dawki rejestrowana w Prypeci jest mniejsza niż wartość tła naturalnego występującego w wielu miejscach na świecie, np. w wielu rejonach Iranu, Finlandii, Szwecji, Francji czy Hiszpanii.  Oczywiście są miejsca, których odwiedzać się nie powinno, na przykład Czerwony Las. Przewodnicy o tym wiedzą i na pewno was tam nie zaprowadzą, dodatkowo każdy z nich ma ze sobą licznik Geigera 

 

Zadziwiające jest to jak natura w ciągu kilkunastu lat nieobecności człowieka doskonale poradziła sobie z adaptacją opuszczonych terenów. W strefie wykluczonej odradza się roślinność oraz zwierzęta, które trudno spotkać gdziekolwiek indziej. Spotkaliśmy tam Konie Przewalskiego – jedyny dziko żyjący gatunek konia, na wolności pozostało już tylko 250 osobników. Podobno bardzo powszechne są wilki, a natknąć można się również na bizony czy jenoty. Opowiadając o Czarnobylu często nie wspomina się o zmianach w krajobrazie jakie zaszły od czasu katastrofy, a to właśnie one najbardziej zapadły mi w pamięci po wizycie w tym miejscu