Zmęczeni zimnem, śniegiem i szarym kolorem nieba za oknem zatęskniliśmy za słońcem i upałami. Uznaliśmy, że następny kraj, który odwiedzimy musi być ciepły. Padło na Maroko, no i nie rozczarowaliśmy się.  

Akt 1 – Wyboista droga na drugi kontynent  

Początkowo nic nie wskazywało na to, jak ciężka będzie to podróż. Plan był prosty, porannym samolotem z Katowic dostajemy się do Eindhoven a stamtąd już prosto do Marrakeszu, gdzie późnym popołudniem zjemy obiad. Problemy zaczęły się już w Katowicach. Lekko niewyspani zajmowaliśmy swoje miejsca w samolocie, gdy kapitan oznajmił, że z powodu mgły na lotnisku docelowym nie mamy zgody na start i musimy czekać. Trudno, na przesiadkę mieliśmy sporo czasu, więc dalej mieliśmy nadzieje, że zdążymy. Po godzinie wystartowaliśmy, ale nasza radość nie trwała długo, bo kapitan znów poinformował nas, że mgła się pogorszyła i nie może lądować. Po godzinie krążenia nad Eindhoven w końcu znaleźliśmy się na ziemi. Szacunek dla pilota, bo mgła była tak gęsta, że z odległości 20 metrów nie było nic widać.  
Do kolejnego samolotu mieliśmy już tylko godzinę, więc jak najszybciej przedostaliśmy się przez lotnisko do naszej bramki. Tam powitała nas informacja o godzinnym opóźnieniu lotu – również z powodu mgły. Nie pozostało nam nic innego jak czekać, na szczęście lub nieszczęście niedługo, bo nagle usłyszeliśmy komunikat po holendersku, z którego wyłapaliśmy tylko jedno słowo Marrakesz. Wszyscy ludzie zaczęli się zbierać i wychodzić więc poszliśmy za nimi. Po szybkim sprawdzeniu paszportów znów znaleźliśmy się przed lotniskiem, gdzie cała kolumna ludzi się zatrzymała. Na ekranie pojawiła się informacja, że lot do Marrakeszu jest odwołany. W tej samej chwili dostaliśmy smsa od Ryanaira, że nasz lot jest opóźniony o dwie godziny. Dziwne.  
Byliśmy już niesamowicie głodni, więc pojawił się plan by iść na pizzę. Daleko nie zaszliśmy, gdy znów usłyszeliśmy komunikat po holendersku, tym razem wyłapaliśmy dwa słowa Marrakesz i P2. Szybko wróciliśmy do wyjścia, gdzie kolumna ludzi udawała się w kierunku parkingu. Szybkie spojrzenie na tablicę informacyjną ze strzałkami do P1, P3, P4, P5. Nie ma P2! Poszliśmy jednak za tymi ludźmi, którzy doprowadzili nas do czterech autokarow. Żadnych oznaczeń, nikt nic nie wiedział, ale wsiedliśmy. Jak przygoda, to przygoda, tylko nie mieliśmy pojęcia, dokąd ani jak długo będziemy jechać. 80 kilometrów później znaliśmy się na lotnisku w Weeze. Nasze myśli idealnie podsumowała pewna Holenderka: “Where the heck is Weeze?”. Tylko nie użyła słowa heck ? 
Weeze to niewielkie lotnisko tanich linii lotniczych 70 kilometrów od Dusseldorfu. Tak, z Holandii znaleźliśmy się w Niemczech. Tutaj po raz trzeci już dzisiaj szybko i sprawnie przedarliśmy się w przez lotnisko i bez większych problemów znaleźliśmy się w samolocie. Czekał nas już tylko czterogodzinny lot i wylądowaliśmy w Marrakeszu. Ale to niestety nie koniec problemów.  
Będąc jeszcze w Holandii poinformowaliśmy hotel o opóźnieniu naszego lotu i podesłaliśmy jego numer. Odpowiedzieli, że nie ma problemu i będą na nas czekać. Problem w tym, że nie poczekali. Gdy późnym wieczorem dotarliśmy na miejsce w recepcji nie było nikogo. Próbowaliśmy zapytać ochroniarza czy coś wie, ale niestety nie mówił po angielsku. Po jakimś czasie na rowerze podjechał kolejny ochroniarz, ten mówiący po angielsku. Tylko, że on też nic nie wiedział. Ani Booking ani hotel nie odbierał naszych telefonów. Środek nocy, jesteśmy na przedmieściach miasta gdzieś a Afryce i nie mamy gdzie spać. Niefajnie.  
Ekspresowe wyszukiwanie na Bookingu (naprawdę ekspresowe – Internet w roamingu kosztuje tutaj 5 zł za megabajt) i znaleźliśmy inne miejsce, zadzwoniliśmy tylko by upewnić się, że nie śpią i taksówką podjechaliśmy na miejsce. Sukces, mamy gdzie spać.  

Akt 2 – zagubieni w Maroko 

Okazało się, że nasz hotel znajduje się w samym centrum medyny – starej części miasta. Na pewno macie w głowie jakieś wyobrażenie o tym jak wyglądają arabskie miasta, medyna wygląda dokładnie tak jak na filmach. Jest to labirynt krętych, wąskich uliczek w których łatwo się zagubić. Tutaj domy nie mają numerów, a ulice nazw. Nawet Google Maps ma problem z nawigowaniem w tym chaosie.  
 
Gdy dotarliśmy na miejsce naszego noclegu spodziewaliśmy się czegoś zupełnie innego. Nocowaliśmy w riadzie – tradycyjnym marokańskim pałacu. Dawniej były to budynki w centrum miasta zamieszkiwane przez zamożniejszych kupców lub dworzan. Nasz riad miał dwa piętra, a w jego centrum znajdował się przestronny dziedziniec z fontanną, drzewkami cytrusowymi i leżankami. By zachować prywatność mieszkańców oraz chronić przed upałem budynki te nie mają okien od zewnętrznej strony. Całe życie w takim domu obraca się dookoła tego dziedzińca, gdzie wpadają promienie słoneczne oraz świeże powietrze. Ściany wewnątrz mają piękne zdobienia oraz sentencje z Koranu wykaligrafowane w języku arabskim.  
Mieliśmy też okazję spróbować marokańskiego śniadania, które można opisać jednym słowem – słodkie. Jako przystawkę podano owoce w syropie. Następnie dostaliśmy tradycyjną marokańską herbatę. Parzona jest ona z mieszkanki ziół, mięty oraz ogromnej ilości cukru. Jej smak jest specyficzny, ale była tak dobra, że zamawiałem ją przy każdej okazji. Jeżeli macie okazję spróbować tej herbaty nie wahajcie się ani chwili.  
Następnie przyniesiono nam baghrir – marokańskie placki przypominające naleśniki z dziurkami. Podaje się je na śniadanie lub do popołudniowej herbaty, a polewane są miodem, konfiturą lub serkiem topionym. Naprawdę świetne i proste do przygotowania danie. Mieliśmy wrażenie, że podczas tego śniadania zjedliśmy więcej cukru niż w sumie przez cały poprzedni miesiąc, ale było naprawdę smaczne i sycące.  

Najedzeni i wyspani wybraliśmy się na eksplorację medyny. Poprzedniego dnia mieliśmy okazję zobaczyć tylko jej kawałek i to po zmroku. Za dnia wygląda zupełnie inaczej. Otwiera się tu tysiące sklepików, w których można kupić dosłownie wszystko. Panuje ogromny hałas i zgiełk. Sprzedawcy głośno nawołują do zakupu ich towarów, skądś dobiega muzyka, agresywnie targujący się ludzie, zaklinacze węży, małpy na smyczy, a do tego skutery omijające slalomem ludzi. A to wszystko w uliczkach nie szerszych niż dwa metry. Chaos.

Swoje kroki, ostrożnie by nie zostać rozjechanym przez skutery, skierowaliśmy w stronę placu Jemaa el-Fnaa. Jest on uznawany za najbardziej znany plac na świecie i za centrum handlu w Afryce. To tutaj marokańska tradycja styka się z nowoczesnością. Myśleliśmy, że w uliczkach jest głośno, ale to co się dzieje na placu przerasta wszystko. Nie zdążyliśmy przejść dziesięciu metrów, a już musieliśmy odmówić zakupu okularów przeciwsłonecznych, koszuli, bransoletek, dzbanka do herbaty i tatuażu. 
Będąc na placu polecamy spróbować świeżo wyciskanych soków z jednego z wielu znajdujących się tam stoisk. Soki robione są ze świeżych owoców, a kosztują naprawdę grosze – 5MAD (ok. 50 centów) za kubek soku pomarańczowego.  
Plac jest pełen poskramiaczy zwierząt, magów czy dentystów, którzy z radością pokazują niedawno wyrwane zęby. Co chwila byliśmy zaczepiani przez trenerów małp, którzy oczekiwali pieniędzy za prezentowane przez zwierzę sztuczki. Jeżeli im się nie zapłaciło, nasyłali małpę by cię ugryzła.  Uwierzcie mi, boli.
Najbardziej wyróżniali się zaklinacze węży. Ci ubrani w turban mężczyźni grali melodię na flecie, a węże przed nimi wiły się w rytm muzyki. Myślałem, że takie rzeczy istnieją tylko w bajkach.  
Oczywiście na placu nie ma nic za darmo. Należy uważać co się fotografuje, bo ludzie tam potrafią być bardzo natarczywi w egzekwowaniu zapłaty.  

Zwierzęta w Maroko są bardzo źle traktowane. Często są głodzone i zmuszane do ciężkiej pracy w bardzo złych warunkach. Wyjątkiem są wielbłądy, ale tylko z powodu tego, że są bardzo wartościowe. Stanowczo odradzamy płacenia za spektakle z udziałem zwierząt na ulicy.


Kontynuując nasz spacer po mieście natrafiliśmy na największy meczet w Marrakeszu – Koutoubia. Najbardziej wyróżnia się minaret, który jest najwyższym budynkiem w tym mieście. Spowodowane jest to prawem, które mówi, że żaden budynek nie może być wyższy niż drzewo palmowe.  Niestety w Maroko tylko Muzułmanie mogą wchodzić do meczetu. Nam pozostało podziwianie tego miejsca od zewnątrz.  
Następnie udaliśmy się w kierunku grobowca sułtana Saadiana. Zagubiliśmy się w uliczkach mediny i zawędrowaliśmy w miejsca zwykle nieodwiedzane przez turystów. Mieliśmy okazję zobaczyć jak tutaj żyją ludzie z dala od turystycznych atrakcji i zgiełku ruchliwych ulic. Do samego grobowca nie weszliśmy z powodu odstraszającej ceny 60 MAD (ok. 40 zł).

Słońce chyliło się ku zachodowi więc wróciliśmy na Jemaa el-Fnaa by coś zjeść. Znaleźliśmy miejsce na tarasie restauracji z widokiem na plac. Głównym daniem tutaj był kuskus, który wywodzi się z północno-zachodniej Afryki. Gotuje się go na parze, a podaje się z mięsem, rybami lub warzywami.  

Niestety poprzedni hotel miał miejsca dla nas tylko na jedną noc, więc stanęło przed nami zadanie poszukania kolejnego noclegu. Znaleźliśmy miejsce w Internecie, ale gdy dotarliśmy pod wskazany adres okazało się, że żadnego hotelu tam nie ma. Taki urok braku numeracji domów.  
Po drodze mijaliśmy szyld hostelu, więc postanowiliśmy wejść i zapytać, czy mają dla nas miejsce. Po chwili znalazł się dla nas sześcioosobowy pokój ze śniadaniem w cenie jeszcze niższej niż spodziewaliśmy się zapłacić w pierwszym obiekcie. Skoro nocleg do końca pobytu mamy już załatwiony to pora na prawdziwe zwiedzanie Maroko.

O naszych kolejnych przygodach możecie przeczytać w drugiej części tego wpisu – Ciepłe słońce w środku zimy? Tylko w Maroko! Część druga