Kontynuujemy opisywanie naszych wspomnień z Maroko, jeśli jeszcze nie mieliście okazji, zachęcamy zapoznania się z częścią pierwszą tego wpisu – Ciepłe słońce w środku zimy? Tylko w Maroko! Część pierwsza

Akt 3 – Marrakesz express

Kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną wycieczkę nad Ocean Atlantycki. Standardowo nie mieliśmy pojęcia, gdzie jest dworzec autobusowy, na szczęście taksówkarz znał drogę. Co bardzo nas zaskoczyło autobusy tutaj mają numerowane miejsca i należy usiąść na miejscu przypisanym do biletu. Przed wyjazdem kierowca to kontroluje.  
Droga z Marrakeszu do Essaouiri to 190 kilometrów płaskiego i piaszczystego krajobrazu za oknem, urozmaiconego od czasu do czasu drzewami czy rozpadającą się lepianką i pasterzami wypasającymi kozy. Obowiązkowo w połowie trasy autobus musi zrobić przerwę na zakup soku świeżo wyciskanego z owoców.  
Na miejsce dotarliśmy koło południa i zwiedzanie rozpoczęliśmy od… obiadu. Zachęceni pozytywnymi opiniami i namową właściciela zagościliśmy w Keoltum – restauracji z tradycyjną marokańską kuchnią. Jako przekąskę dostaliśmy oliwki w przyprawach. Następnie podano przystawki – marokańską sałatkę (pomidor, ogórek, cebula, przyprawy) i zupę rybną. Główne danie to tajine. Swoją nazwę bierze od naczynia, w którym się je przygotowuje. Jest to gliniana miska, do której wrzuca się wszystkie składniki, a następnie wolno dusi na ogniu. Tradycyjnie potrawę je się prosto z tej miski razem z chlebem.  
Najedzeni wybraliśmy się na spacer uliczkami miasta, przeszliśmy przez port i dotarliśmy na plażę. Latem to miejsce podobno pęka w szwach, ale w styczniu opalało się tu kilka osób, a w wodzie pływali tylko najwytrwalsi surferzy. Po chwili podszedł do nas sprzedawca oferujący ciasteczka, co w Maroko jest dosyć częste. Ten bardzo zachwalał swoje “funny cookies”, czyli po prostu ciasteczka z haszyszem ? 

Zbliżał się już czas odjazdu ostatniego powrotnego autobusu do Marrakeszu, a my nie zrobiliśmy jednej z ważniejszych rzeczy, dla których przyjechaliśmy do Essaouiri – przejażdżki na wielbłądzie, od dawna było to naszych bucket listach. Rozpoczęła się walka z czasem – mieliśmy tylko 40 minut, a zwierzęta były oddalone o 3 kilometry. Odrobinę zmachani dobiegliśmy do opiekuna wielbłądów i rozpoczęła się najtrudniejsza część – negocjacje. Największym problemem była bariera językowa, bo pan niezbyt mówił po angielsku. Rozważaliśmy czy nie podjechać wielbłądami do autobusu, ale nie mieliśmy czasu na tłumaczenie. W końcu się dogadaliśmy i zrobiliśmy małe kółko po plaży na grzbiecie tego zwierzęcia. 

O odpowiedzialnym podróżowaniu na pewno pojawi się jeszcze niejeden wpis, ale poniżej kilka porad jak bezpiecznie i mądrze korzystać z atrakcji związanych z wielbłądami:
– Poświęć chwilę na sprawdzenie sytuacji zwierząt w kraju, do którego jedziesz.
– Atrakcje najlepiej wyszukiwać w Internecie. Przejrzyj komentarze i upewnij się, że zwierzęta były dobrze traktowane.
– Sprawdź, czy zwierzę jest czyste i wygląda zdrowo. Czy nie ma ran ani dziwnych plam.
– Przyjrzyj się jak właściciel traktuje zwierzę. Czy ma pod ręką kij do bicia lub czy zwierzę nie jest przeładowane ludźmi bądź bagażami

Biegiem dotarliśmy na autobus, 5 minut przed jego odjazdem. Jeszcze tylko 3 godzinna podróż i już byliśmy w hostelu próbując złapać trochę snu przed kolejnym dniem zwiedzania.  

Akt 4 – chwila wytchnienia  

Ostatni dzień naszego wyjazdu rozpoczęliśmy od zwiedzania pałacu Bahia zbudowanym dla Si Moussy. W XIX wieku był najnowocześniejszym i najbardziej luksusowym pałacem w Maroko, posiadającym ponad 150 pokoi w tym harem dla żony i jego 24 konkubin. Każdy pokój ma swój unikalny wygląd, a wiele jest ozdobionych mozaikami czy wykwalifikowanymi cytatami z Koranu. Do pałacu warto wybrać się również z powodu 8 hektarów jego ogrodów. Niestety my nie byliśmy zachwyceni. Wstęp jest drogi – 70 dirhem (ok. 30 zł), a pałac nie oferuje zbyt wiele. Fanami architektury ani ogrodnictwa nie jesteśmy, więc naszym zdaniem, spokojnie wizytę tutaj można sobie odpuścić. 

Przed pałacem spotkaliśmy się z Salouą – Marokanką, która obiecała oprowadzić nas po Marrakeszu. W końcu mieliśmy okazję podpytać o zwyczaje tutaj panujące. Następnie ruszyliśmy w stronę Henna Café. Miejsce to chwali się tym, że zatrudnia lokalne artystki, a wszystkie ich produkty są pochodzenia naturalnego. Niektóre z kobiet tam pracujących mają ponad 50 lat doświadczenia z henną. Część zysków z tatuaży przeznaczona jest na wspieranie lokalnych artystów. A do tego można tam spróbować świetnych lokalnych potraw. Nie trzeba było nas dwa razy namawiać, skusiliśmy się i na jedzenie, i na tatuaże. 
Saloua była bardzo zdziwiona faktem, że smakuje nam ich chleb i że używamy sztućców. Tradycyjnie je się tutaj rękami używając chleba do nagarniania jedzenia. To właśnie te drobne różnice sprawiają, że podróżowanie jest takie świetne.  
Proces tworzenia tatuażu zaczyna się od wybrania wzoru z grubej książki. Każdy tatuaż ma napisaną cenę – to jedno z niewielu miejsc tutaj, gdzie nie wypada się targować. Można też za dodatkową opłatą wybrać własny wzór. Tatuaże nakłada się tutaj za pomocą grubej igły. Na szczęście służy ona tylko do podawania henny. Po artystkach widać, że znają się na robocie, a wzory wychodzą im naprawdę piękne. Miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia.  

Kolejnym punktem zwiedzania był park Arsat Moulay Abdeslam. Musieliśmy na chwilę odpocząć od zgiełku ulic, a to miejsce okazało się idealne. To świetnie miejsce na zobaczenie lokalnej roślinności i przy okazji na naukę francuskiego, bo w tym języku były tabliczki z nazwami drzew.  

Chcieliśmy jakoś uczcić koniec naszego wyjazdu, z pomocą naszej przewodniczki w końcu udało nam się kupić alkohol. By go zdobyć często potrzeba super mocy, bo zazwyczaj ukryty jest gdzieś w piwnicach sklepów i sprzedawany do którejś godziny. Najczęściej Polaków spotykaliśmy właśnie w czasie poszukiwań alkoholu w sklepie ? Maroko to kraj muzułmański, więc na lokalne trunki nie mieliśmy co liczyć, ale nawet tutaj trafiliśmy na polską wódkę. Wracając do hotelu wyskoczyliśmy na ostatnie zakupy. Kupiliśmy trochę pamiątek, sporo przypraw i oczywiście sok wyciskany z owoców.  
Świętowanie nam się tak przeciągnęło, że prawie zaspaliśmy na samolot i w ostatnich chwili przypomniało nam się, by zrobić odprawę na kolejny lot. Pomogły nam też nasze lifehacki –14 lifehacków na lotnisku i w samolocie– nie wiem co byśmy zrobili bez butelki na wodę.  

Maroko to najbardziej egzotyczny kraj w jakim byłem do tej pory. Początkowo miałem lekkie obawy przed wyjazdem – inny kontynent, zupełnie inna kultura i niepokojące doniesienia w Internecie. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Miejsce jest bardzo przyjaźnie nastawione turystom, bardzo bezpieczne. Mieliśmy okazję być w Marrakeszu podczas wizyty króla, więc na każdym skrzyżowaniu widać było policję. Obawiałem się też bariery językowej, ale sporo osób mówiło po angielsku, a część nawet po polsku. Podsumowując, Maroko to idealny kierunek dla bardziej doświadczonych podróżników, którym skończyły się miejsca w Europie, jak i dla turystów chcących posmakować czegoś nowego, a takiej mieszanki kolorów, zapachów i smaków i nie poczujecie nigdzie indziej.